środa, 28 listopada 2012

Belgia #3 Zagadka



Dzisiaj dostałem niezwykła kopertę z Belgii. Zawierała trzy pocztówki o tematyce medycznej, oraz jedną nieco inną. A wszystko od przemiłej autorki bloga My favourite things. W związku z tym postanowiłem nieco urozmaicić blogową konwencję i zamiast pocztówkę opisywać, zadać wam na jej temat pytania.

W zrozumieniu tej pocztówki bardzo pomocny jest napis, ale może nawet bez tego macie jakieś pomysły czego ta kartka dotyczy? Dla podpowiedzi muszę dodać, że bardzo sprytna jest koncepcja jej twórcy. I na pewno pozostawia po sobie mocny przekaz.

Jakieś sugestie? Co jest na pocztówce napisane?

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Nadszedł czas na komentarz odnośnie rozwiązanej już zagadki. Rzeczywiście pocztówka ta jest reklamą 'pigułki po stosunku'. Chociaż wolałbym ją interpretować nieco ogólniej, jako zachęcającą do rozważnej prokreacji, przypominającą o antykoncepcji nawet w czasie największych miłosnych uniesień. Pisałem razem z kolegą pracę na STN o antykoncepcji wśród polskich kobiet, dlatego tym bliższa jest mi ta tematyka. A patrząc z innej strony - jest to pierwsza pocztówka na której widnieje obraz dwójki uprawiających seks ludzi jaką widziałem ;P

Pocztóweczka zyskała też miejsce w dziale "O medycynie przy kawie i pocztówkach". Chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego.

wtorek, 27 listopada 2012

Singapur #16 Zdrowy cheesburger?



Bardzo przekorna pocztówka. Przywędrowała do mnie z Singapuru, gdzie została wydana jako kartka reklamowa, darmowa. Jak wiem na przykładzie życzliwych dusz z "Azj od kuchni" w Singapurze dużo takich darmowych kartek wydają. A ja chętnie przygarniam pocztówki, tym bardziej, że i zdjęcia zawsze ładne, i do opisywania różnych ważnych zdarzeń w moim życiu te add cards z miasta-państwa z Merlionem się przydają: klik 1 i klik 2. Jakby nie patrzeć rozwijają moją kreatywność.

Tym bardziej, że nawet takiej, niepozornej karteczce zdecydowałem się nadać etykietkę Medycyna, tym samym zaliczając ją do reprezentantów mojej najbardziej eksponowanej, największej i najciekawszej kolekcji. Czemu? Bo w niezwykle przekorny, nieszablonowy i prowokatorski sposób porusza temat zdrowego odżywiania się. A raczej śmieciowego.

Singapurskich burgerów ani nie jadłem, ani nawet o nich opinii nie słyszałem. Ale myślę, że nie mogą drastycznie odbiegać od wersji japońskiej. A wersja japońska, to hmm: klik. Ja wiem - mega promocja była, pojedynczy przypadek. Ale żeby coś takiego?
Mam kolegę, który zawsze gdy jest w jakimś nowym państwie idzie do McDonalda i zamawia cheesburgera i frytki. W jego rankingu żadna z wersji nie mogła równać sie z tą polską.

Kaze Burger z singapurskiej mariny jednak nie składa broni i reklamuje się jako zdrowa żywność. No cóż - jeśli to jest naprawdę 'homeburger' przygotowywany we w miarę podobnych warunkach i w miarę podobny sposób jak u każdego z nas w domu to czemu nie. Przecież to po prostu kanapka, z mięsem, sałatą, pomidorami, ogórkami, serem. Samo zdrowie. A każdy chamburger wydaje się być bardziej zdrowym od chociażby wcinania dużych ilości kiełbasy na ciepło, z ketchupem i pieczywem jako całego posiłku.
Skoro Kaze Burger jest restauracją serwującą zdrową, świeżą żywność to mu chwała. Ale po co chodzić do restauracji na hamburgery?


PS.
Mam nowy blogowy widżet przedstawiający listę najaktywniejszych blogowych komentatorów. Myślę, ze bardzo fajna statystyka. Co prawda są osoby piszące jako Anonimowy i podpisujące się pod treścią swojej wypowiedzi i tego dodatek ten w żaden sposób nie jest wyłapać, ale dla pozostałych odwiedzających, korzystających ze swoich profili Google spełnia rolę znakomicie. "Najczęściej komentujących" możecie znaleźć w stopce bloga - nie miałem ich już po prosty gdzie wcisnąć. Cieszy mnie, że najaktywniejsza piątka napisała w sumie więcej komentarzy niż ja! A moje komentarze to zaledwie 161 na 492, czyli 32,7%.

poniedziałek, 26 listopada 2012

Brazylia #5 Rio Grande



Bardzo podobają mi się kraje Ameryki Południowej. Jest ich tylko 12 (plus dwa terytoria zależne), są bardzo interesujące pod względem etnicznym, mają piłkarskie reprezentacje narodowe grające w naprawdę ciekawym stylu. Do tej pory pocztówki w kolekcji mam niestety tylko z Brazylii i Chile - z którego to państwa niesamowity okaz przywędrował do mnie przed kilkoma dniami. Ale zanim jeszcze go zeskanuję i się z wami chilijskimi spostrzeżeniami podzielę 'odgrzebałem' pocztówkę, którą dostałem w poprzednie wakacje. Z największego państwa Ameryki Południowej. Ale jakże unikatową i niesamowitą.

Gdy tę pocztówkę wyciągałem ze skrzynki byłem święcie przekonany, że przysłana została z Meksyku. Dostałem wtedy rekordową ilosść kartek jednego dnia - aż 12 i starałem się zgadnąć, patrząc tylko na obrazki od kogo, ale przede wszystkim z jakiego kraju dana kartka przywędrowala. Co do tej kartki i Meksyku bylem stuprocentowo pewien Tym bardziej, że na odwrocie widniał napis Rio Grande River a ja umawiałem się na wymianę z kimś z Meksyku. Wystarczyło jednak przyjrzenie się innym elementom pocztówkowego rewersu  Znaczki były z Brazylii, a na dole wpisany był brazylijski postcrossingowy numer identyfikacyjny. Więć jednak Brazylia? Meksykańska kartka z Brazylii? Noż chyba nie. Patrzmy dalej - pan mieszka w Kurytybie. I pisze, że kierując się moimi kryteriami 'local beauties' wysłał mi właśnie tę pocztówkę. Co za miły człowiek. Rewelacja.

niedziela, 25 listopada 2012

Łódź - Gwara



Na temat łódzkiej gwary jest w Wikipedii nawet całkiem logicznie i przejrzyście napisany artykuł: klik Z wieloma spośród przytoczonych określeń spotykam się nieustannie. Niektórych znaczenie nie było wcale takie łatwe do przyswojenia sobie. Przez jakiś czas nie wiedziałem co to obecny w większości piekarni żulik. Okazało się, że to rodzaj chleba czy też bułki tureckiej - słodkie i puchate ciasto drożdżowe z rodzynkami.  Dla chętnych na bardziej szczegółowe informacje przepis na żulika.

Znakomitym studium gwary łódzkiej są książki Andrzeja Makowieckiego. Dwutomowe dzieło pisarza – Ziemia nawrócona, wydane przez łódzką Bibliotekę Expressu Ilustrowanego - to powieść współczesna z życia Łodzi, w której rozgrywają się losy jednostek i wielkich fortun, gdzie w szerokiej panoramie miasta ukazane są wszelkie dobre i złe aspekty życia łódzkiej metropolii.

Bardziej obszerny zbiór łódzkich określeń: tu. Wiele z nich kojarzę z dzieciństwa. W sumie zawsze mieszkałem na terenie województwa łódzkiego więc chyba nic w tym dziwnego nie ma.

sobota, 24 listopada 2012

Węgry #1 Szeged - trzecie co do wielkości miasto na Węgrzech


Do chwili dostania tej pocztówki o mieście Szeged nie słyszałem. Ani tym bardziej o polskiej wersji jego nazwy - Segedyn. Jak widać postcrossing czasem rozszerza horyzonty. Dowiedziałem się też przy tej samej okazji, że jednym z miast partnerskich Szegedu jest właśnie Łódź. Jaki ten świat mały. No ale w końcu "Polak Węgier dwa bratanki, I do szabli i do szklanki"

Segedyn nazywany jest często "Miastem słońca" ponieważ ma bardzo dużo słonecznych godzin w roku w porównaniu do innych węgierskich miast. Całkiem miłe, malownicze miejsce, położone blisko południowej granicy państwa, czyli granicy z Serbią. Mało kto wie, że to właśnie z Segedyn pochodzi słynna na całą Europę, węgierska kiełbasa salami, oraz charakterystyczna dla tego miasta zupa rybna. Okolice Segedyn natomiast są głównymi rejonami uprawy narodowej przyprawy Węgrów – czerwonej papryki.

Przy okazji warto wspomnieć o bardzo ciekawej postaci doktorze Albercie Szent-Györgyi . W 1937 roku otrzymał on Nagrodę Nobla w dziale medycyny i fizjologii. Pracował on na Uniwersytecie Segedyńskim jako profesor biochemii. Prowadził doświadczenia, które doprowadziły do zidentyfikowania witaminy C. Właśnie w swoich doświadczeniach używał segedyńską paprykę, która zawiera o wiele więcej witaminy C niż owoce cytrusowe.

Gdy już wiem to wszystko, o czym napisałem dochodzę do wniosku, że ta pocztówka to świetny wybór na zaczęcie przygody z kartkami z tego kraju.






piątek, 23 listopada 2012

Halucynoidy


Zwiedzając Warszawę w dniu półfinałowego meczu Niemcy-Włochy podczas Mistrzostw Europy 2012 trafiłem nieco przypadkiem do osławionej w postcrosserskim środowisku księgarni "Czuły barbarzyńca". Udało mi się tam znaleźć dwie pocztówki, w bardzo niebanalny sposób spełniające kryteria moje kolekcji medycznej. Jedną z nich zaprezentowałem już wcześniej, zbytnio sie nie wysilając. Druga natomiast z racji swojej specyfiki czekała na pomysł w jaki sposób oficjalnie włączyć ją do zaszczytnego grona. Olśnienia dostałem na wczorajszej prelekcji z psychiatrii. Nomen omen dotyczącej środków psychoaktywnych czyli również halucynogennych.

Czerwony krzyż na tym ... bananie skojarzył mi się z nielegalnymi substancjami psychoaktywnymi w Polsce. Mówiąc bardziej kolokwialnie narkotykami. Warto wiedzieć, że w terminologii sądowo-prawnej istnieje określenie środki odurzające, w medycynie te same związki nazywamy substancjami psychoaktywnymi. Inne nazwy są po prostu kolokwialne, nieprecyzyjne - mimo tego, iż środki masowe przekazu jak mantrę powtarzają słowo narkotyk. Ale to tylko mała dygresja w kwestii puryzmu językowego i trzymania się ścisłej nazewniczej terminologii.

Substancje psychoaktywne na bardziej masową skalę w Polsce pojawiły się około roku 1969. Wtedy to wraz z modą na ruch hippisowski zwolenników zyskały sobie również narkotyki. Wcześniej zdarzały się przypadki uzależnień, ale dotyczyły głównie lekarzy, personelu medycznego i artystów. Reakcja władz na nowa modę była jednak szybka - zabezpieczono dostęp do środków uzależniających, wprowadzono recepty z wtórnikiem. Osobom uzależnionym pozostały próby włamań do aptek. I w tym momencie po raz kolejny pokazało się, że potrzeba jest matką wynalazku. Pewien student chemii na politechnice opracował metodę pozyskiwania kokainy ze słomy makowej. Receptura została jednak upowszechniona i już dwa lata później środowisko narkomanów zaczęło stosować ją na bardzo duża skalę. Warto dodać, że 1974  był również rokiem w którym legenda MONARu, Marek Kotański podjął po raz pierwszy pracę jako psycholog-terapeuta na oddziale dla osób uzależnionych w Szpitalu psychiatrycznym w Garwolinie koło Warszawy.

Wracając jednak do 'okresu makowego' narkomanii w Polsce - był to czas kiedy idee hippisowskie, kontrkultury i konstelacji młodzieżowej w tych kręgach zanikały. Od 1976 opiaty zaczęły stwarzać poważny problem społeczny. W 1980 roku uzależnienie od tych substancji przyjmowanych dożylnie stanowiło 84 % wszystkich uzależnień.
Lata 90. sprowadziły natomiast modę na marihuanę i haszysz. Środowisko narkomanów stawało sie coraz bardziej apatyczne, a jedyna jego aktywność koncentrowała się na zdobyciu nowej 'działki'. Na polskie rynki zbytu zaczęła wchodzić amfetamina i jej pochodna - Ecstasy. W 1986 roku zanotowano pierwszy w Polsce przypadek zakażenia wirusem HIV, co spowodowało pewien popłoch. Środowisko narkomanów jednak nadal 'ewoluowało'. W obawie przed zakażeniami drogą iniekcji dożylnych wymyślono tzw. 'brown sugar", czyli heroinę do palenia.

Na zakończenie tego krótkiego rysu historycznego warto powiedzieć jeszcze parę słów o dopalaczach. Piszę tego bloga w końcu prosto z Łodzi, która stała się niejako polską stolicą dopalaczy. Środki te, reklamowane jako bezpieczna alternatywa dla narkotyków pojawiły się w naszym kraju w roku 2008. Był to przeważnie mieszanki substancji o działaniu amfetaminopodobnym, bądź halucynogennym. Pierwszy sklep, powstały w Łodzi na przełomie sierpnia i września 2008 oferował możliwość zakupu online tego typu substancji. Środki te, tak wychwalane przez sprzedawców zarejestrowane były jednak pod szyldem wyrobów kolekcjonerskich, a na każdym z nich było napisane, że nie nadają się do spożycia przez ludzi. To zawiązało na pewien czas ręce władz, które nie mogły zabronić sprzedaży tak zwanych dopalaczy. Pod koniec 2010 w wyniku stanowczej akcji walki z tych zjawiskiem zamknięto wszystkie legalnie działające sklepy oferujące w swoim asortymencie dopalacze. Jest to jednak zbyt dobry biznes, żeby tego typu żyła złota miała zniknąć z rynku. To że dzieciaki skakały z 9 piętra, było wiele przedawkowań, zgonów bądź uzależnień nikogo nie obchodziło. Sprzedaż dopalaczy przeszła do podziemia, obecnie można je kupić w internecie na serwerach np. czeskich, są też sprzedawane w handlu obwoźnym. Trwa nieustanny wyścig między rządem, który wpisuje kolejne substancje na listę środków zabronionych, a chemikami pracującymi nad podstawianiem coraz to nowych grup funkcyjnych substancji psychogennych, co skutkuje coraz to nowymi substancjami zaliczanymi do grupy dopalaczy, które nadal są legalne. Te które zostały już przez polskie władze 'rozpracowane' rzecz jasna z rynku nie znikają - schodzą tylko do podziemia i nadal "poszukujący" mogą je zakupić bez większego problemu.

Na ten temat już starczy moich wypocin. Teraz zmieniamy nieco przedmiot rozważań.
Marihuana. Coffe shopy. Bezpieczny narkotyk. Legalizacja. Marihuana nie daje żadnych efektów ubocznych. Otóż nie jest to prawda. Tutaj o skutkach ubocznych działania substancji pozyskiwanej z konopi indyjskich możecie poczytać szerzej, ja chciałbym się jednak skoncentrować na dwóch łatwo zapadających w pamięć faktach. Po pierwsze palenie marihuany powoduje pojawianie się w materiale genetycznym coraz większej liczby mutacji. Może to skutkować rozwinięciem się nowotworu, ale jeszcze niebezpieczniejszy jest inny aspekt: przekazanie mutacji potomstwu. I to zarówno przez ojca, jak i przez matkę. Jeśli oboje przyszli rodzice marihuanę palili ryzyko się kumuluje. A pala ją przecież ludzie młodzi, jest obecnie modna.
Drugi aspekt to impotencja i bezpłodność. W USA zbadano grupę 1500 młodych mężczyzn, których życie seksualne obserwowano przez pół roku, a następnie kazano im palić marihuanę codziennie i porównano to z wynikami z poprzedniego półrocza. Wnioski były druzgocące. Impotencja, bezpłodność. Warto mieć na uwadze, że marihuana często powoduje brak krytycyzmu wobec własnego libido i możliwości seksualnych, ale w praktyce sieje druzgoczące zmiany. I żadne zaprzeczanie tu nie pomoże.

Tak jak wobec każdego innego narkotyku warto pamiętać złota zasadę: Spróbowałeś raz? To o jeden raz za dużo. Z punktu widzenia medycznego powstał dlatego podział na uzależnienie od substancji psychoaktywnych oraz używanie szkodliwe substancji psychoaktywnych. Do tej drugiej grupy zaliczamy już nawet pierwsze spożycie - spróbowanie danej substancji.

Ja definiujemy uzależnienie od narkotyków? Uzależnienie rozpoznaje się, gdy przez co najmniej jeden miesiąc lub w sposób powtarzający się przez okres 12 miesięcy stwierdza się łącznie trzy z wymienionych poniżej objawów, przy czym trzy pierwsze sa najważniejsze i występują we wszystkich rodzajach uzależnień.
- silna potrzeba, przymus używania substancji psychoaktywnej
- trudności w kontroli zachowania związanego z przyjmowaniem substancji (np. niemożność przerwania jej używania, brak kontroli przyjmowanych dawek)
- występowanie po przerwaniu używania substancji zespołu abstynencyjnego, charakterystycznego dla danej substancji, lub używanie substancji w celu uniknięcia występowania zespołu abstynencyjnego
- występowanie tolerancji (w miarę używania danej substancji występuje zmniejszenie efektu jej działania, co wywołuje potrzebę zwiększania dawki, w celu uzyskania pożądanego efektu działania
- zmiana zainteresowań, przeważnie spadek aspiracji życiowych, przebywanie głównie w kręgu innych osób zażywających narkotyki, skupienie wszystkich zainteresowań wokół chęci zdobycia i ich użycia, inne zainteresowania rozpoczęte przed rozpoczęciem używania ulegają spłyceniu lub stają sie obojętne
- uporczywe przyjmowanie substancji z narażeniem się na straty w stanie zdrowia psychicznego i somatycznego oraz społeczne, o których wiadomo sobie przyjmującej narkotyki, że są związane z ich używaniem


Na koniec definicja słowa z nagłówka. Cóż to są halucynoidy? To grupa zaburzeń psychosensorycznych, w których omamy (słuchowe, wzrokowe, węchowe) występują bez żadnego konkretnego bodźca je wywołującego, ale człowiek ich doświadczający jest do nich nastawiony krytycznie i wie, że nie są prawdziwe. Halucynacjami (inaczej omamami) nazywamy zaś takie zaburzenia spostrzegania które występują bez żadnego bodźca i są pozbawione krytycyzmu.


czwartek, 22 listopada 2012

Polska #89 Nie rozdepcz mnie!


|



Na dzisiejszych porannych zajęciach z psychiatrii wymyśliłem bardzo fajny temat blogowe wpisu. Niestety do akademika wróciłem tak późno, że nie mam siły podjąć się tak ambitnego przedsięwzięcia. Odłożę je więc na jutro.

Możecie ostatnio obserwować powrót do dobrych tradycji uaktualniania niemal codziennie Przypadków Pocztówkowych. Z tego powodu mimo późnej pory poszukałem w swoje kolekcji kartki leciutkiej, nie wymagającej zbyt 'ambitnych' przemyśleń i padło na własnie tę. Dostałem ją od Szymona i Klaudii (wybierał Szymon). W pakiecie była jeszcze druga kartka, wybrana przez Klaudię. Która się wam bardziej podoba?

Do ćwiczeń z psychiatrii zdecydowanie bardziej pasuje zielono-czarna. ;)

środa, 21 listopada 2012

USA #18 Kupiona w Chinatown




Dawno nie prezentowałem tu żadnej pocztówki otrzymanej bezpośrednio z postcrossingu. A mam ich już w kolekcji  85, z czego 30 nie doczekało się jeszcze swoich blogowych "pięciu minut".
Jak możecie zobaczyć na stronie międzynarodowego projektu o wspomnianej wcześniej nazwie dotarcie do mnie tej skromnej kartce zajęło nieco dłużej niż zwykle to bywa. Stempel pocztowy jest zamazany, więc trudno powiedzieć, czy tyle zajęła sama podróż, czy był to resend, czy może nadawczyni z wysłaniem kartki nieco zwlekała. W każdym razie jeden z moich najdłuższych okresów oczekiwania. Chociaż w stosunku do postcrossingu nie jest to dobre określenie - nigdy nie wie się, ile kartek jest w danym momencie w drodze do nas. Można co najwyżej podejrzewać.

Tak więc 181 dni nie ma tu praktycznie większego znaczenia. Liczy się przecież efekt końcowy i fakt posiadania nowej zdobyczy. Samo uczucie dostania w swoje ręce pocztowej niespodzianki od nieznanej osoby z drugiego końca świata, która mogła przeczytać kilka zdań jakie napisałem o sobie w profilu i na tej podstawie zadecydowała co mi wysłać.
Pocztówka ta nie jest zbytnio w moim guście. Nie znaczy to jednak wcale, że mi się nie podoba. Ma ciekawy motyw azjatycki, jak na wysłaną z kraju popcornu i hot-dogów. A jeszcze nie tak dawno bardzo fascynowały mnie japońskie, jak również szerzej - azjatyckie klimaty.


wtorek, 20 listopada 2012

Luksemburg #1 Wielkie Księstwo Luksemburga




1. Luksemburg graniczy z Francją, Niemcami i Holandią
2. Państwo to należy do Unii Europejskiej (jest jednym z państw założycieli) oraz NATO.
3. Luksemburg nie ma dostępu do morza.
4. Głową Wielkiego Księstwa Luksemburgu jest ... Wielki Książę Henryk
5. Wielki Książę Henryk, z którym pocztówkę miałem kiedyś obiecaną, należy do z wszechmiar znanej dynastii Burbonów
6. Henryk jest gorliwym przeciwnikiem eutanazji. W marcu 2009 roku zawetował ustawę zezwalająca na eutanazję, przyjęta przez luksemburski parlament. Parlament wprowadził jednak poprawkę do konstytucji, która pozwoliła mu większością 2/3 głosów przegłosować Wielkiego Księcia.
7. W ten sposób Henryk stracił został jeszcze bardziej odsunięty od władzy. Na osłodę dostał nagrodę Papieskiej Rady "lustitia et pax".
8. Reprezentacja narodowa Luksemburga w piłce nożnej jest uznawana za jedną z najsłabszych drużyn na świecie.
9. Państwo to ma najniższą stawkę VAT wśród państw członkowskich Unii Europejskiej.
10. Luksemburg rozciąga się na długości 82 kilometrów i szerokości 57 kilometrów.
11. Powierzchnia kraju wynosi zaledwie 2 586 km2.
12. Stolicą Luksemburga jest miasto Luksemburg.
13. W całym państwie jest 12 miast.
14. Budynek, który możemy obserwować na pocztówce to Pałac Wielkich Książąt.
15. Przed pałacem cały czas wartę pełni uzbrojony żołnierz. (Znacie inne przykłady poza Londynem i Atenami?)
16. W Luksemburgu mieści się siedziba Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej vel Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. ( nie mylić z Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości, który mieści sie w Hadze, czyli praktycznie drugiej stolicy Holandii).
17. Pałac przedstawiony na pocztówce jest częścią centrum miasta Luksemburg, wpisanego na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. http://whc.unesco.org/en/list/699/video

poniedziałek, 19 listopada 2012

Polska #88 Psychiatria zaczyna się na dobre.


Dzisiejsze drugie w tym roku ćwiczenia z psychiatrii skłoniły mnie do napisania paru zdań o tej niezwykłej dziedzinie medycyny. Zapewne moje postrzeganie całej psychiatrii zmieni się jeszcze w miarę kolejnych kontaktów z pacjentami, pisania historii choroby, egzaminu praktycznego na którym będę oceniany właśnie pod tym kątem, jak i przede wszystkim lekturze podręcznika, materiałów i udziału w prelekcjach z całą kadrą psychiatrów pracujących w łódzkim szpitalu przy ulicy Czechosłowackiej. Ale to wszystko przede mną. Dodam tylko, że posiadam jeszcze co najmniej dwie pocztówki godne poruszania psychiatrycznych tematów, więc w najbliższym czasie możecie się ich spodziewać na blogu. Kto wie, ajk daleko posunie się autopsychoanaliza?

Na razie mogę się podzielićjedynie pierwszymi wrażeniami ze wspomnianych 'klinik'. Dzisiejsza prelekcja z psychopatologii skłoniła mnie (jak i wielu moich kolegów) do rozważań na temat zmian stanów nastroju. Każdy z nas, studentów wydziału lekarskiego,  wystawionych na ciągłe zdawane kolejnych trudnych egzaminów już szósty rok z rzędu pewnie przypomniał sobie własne doświadczenia związane z przechodzeniem od stanu depresyjnego do stanu maniakalnego. Oba te zespoły należą do podstawowych stanów psychopatologicznych. Na szczęście nie są aż tak częste, ale jakiś elementy każdego z nich na pewno zdarzało się wam przeżywać.

Zespół depresyjny to stan charakteryzujący się obniżeniem nastroju, nadmierną sennością, zmniejszeniem aktywności oraz zwiększoną męczliwością. Również charakterystycznym elementem tego zaburzenia jest anhedonia, czyli brak zdolności odczuwania przyjemności. Obrazu sytuacji dopełnia wzrost apetytu, znaczny przyrost masy ciała, zwiększona wrażliwość na odrzucenia interpersonalne, lęki, myśli depresyjne. Wypisz wymaluj sytuacja studenta medycyny przed ciężkim egzaminem - faza zmęczeniowa. Nigdy mnie to nie spotkało ale również można by tak zobrazować stan występujący gdy student po ciężkiej walce wychodzi z egzaminu z oceną niedostateczną w indeksie.

Po drugiej stronie mamy stan maniakalny. Jest to zaburzenia przejawiające się niemal odwrotnymi symptomami. Podwyższonemu nastrojowi towarzyszy znaczna drażliwość. Aktywność jest podwyższona. Tok myślenia przyspieszony. W pełnym zespole maniakalnym obserwuje się znaczną rozpraszalność  uwagi i trudności w jej koncentracji. Osoba ze stanem maniakalnym podejmuje wiele chaotycznych, lekkomyślnych działań. Wypisz-wymaluj sytuacja studenta medycyny przed ciężkim egzaminem - faza poprzedzająca fazę zmęczeniową. Nazwałbym ją fazą walki z podręcznikami..

Jak więc widać na studiach medycznych zdrowie psychiczne tak łatwo zachować wcale nie jest :P ;)
Wyjaśniłem wam jedną z prawdopodobnych przyczyn, które doprowadziły do sytuacji przedstawionej na pocztówce? Czy może moja interpretacja wysnuta jest na podstawie iluzji, omamów bądź urojeń? Tylko pamiętajcie, że każde z trzech ostatnio użytych pojęć ma odrębną definicję i nie można używać ich zamiennie.

Ten blogowy wpis jest również opatrzony specjalną dedykacją dla Maćka, mojego kolegi z dawnej grupy dziekańskiej. Tak sie złożyło, że moja nowa grupa i jego nowa grupa mają teraz razem ćwiczenia więc udało nam się porozmawiać o pocztówkowym zbieractwie. Maciek kolekcjonuje bowiem pocztówki z lat 20. 30 i 40. XX wieku. Ma ich ponad 250! Dla mnie to olbrzymia ilość jak na taką stosunkowo wąską tematykę. Co prawda jak Maciek słusznie zauważył taki zbiór i tak nigdy nie ulegnie wyczerpaniu toteż zawsze będzie mógł poszukiwać nowych okazów.
Wydaje mi się że u mojej babci w domu kiedyś było parę sztuk takich przedwojennych widokówek. Niestety w tamtych czasach nikt się z mojej rodziny nimi nie interesował, a że nie miały również sentymentalnej wartości zostały najprawdopodobniej spalone. Szkoda. Chętnie bym się nimi podzielił, a jeśli nie spełniałyby maćkowych kryteriów dołączyłbym do swoje kolekcji. Ale niestety. Wiele takich rzeczy ląduje w śmietnikach każdego dnia.

-------------------------------------------------------------------------------------------------
Kartkę dostałem od Aty_, która przysłała mi wszystkie cztery pocztówki z grafikami Andrzeja Mleczki, jakie mam w swojej kolekcji. Bez niej ten blog na pewno wyglądałby inaczej i nie miałbym tak szerokie pola manewru w opisywaniu różnych "smaczków" z moich studiów w połączeniu z pocztówkami. A tu przypomnę jedną z poprzednich, moją ulubioną.

sobota, 17 listopada 2012

Włochy #7 Schody Hiszpańskie po raz kolejny



Schodów Hiszpańskich odsłona jeszcze jedna. Tym razem widokówka bardziej wiekowa, znaleziona w najlepszym pod względem pocztówek łódzkim antykwariacie. Myślę, że lepiej oddająca charakter tego miejsca. Do porównania z poprzednią.

O Schody Hiszpańskie zostałem zapytany prawie 2 lata temu, na eliminacjach do teleturnieju "Jeden z dziesięciu". Pytanie brzmiało: W której europejskiej stolicy jedną z atrakcji turystycznych są Schody Hiszpańskie? Przyznam się, ze wtedy odpowiedzi nie znałem. Strzeliłem mało oryginalnie w Madryt.

czwartek, 15 listopada 2012

Polska #87 Służba zdrowia w Polsce i w Łodzi



Dziś nadszedł ten dzień w którym zamierzam napisać co nieco o polskiej służbie zdrowia. Nie jak to wcześniej na blogu bywało o wakacyjnych praktykach, polskich pielęgniarkach, czy zajęciach w poszczególnych klinikach łódzkiego UMEDu. Dziś bardziej przekrojowo. O polskiej służbie zdrowia generalnie. Skłoniły mnie do tego zajęcia z medycyny rodzinnej, których spora część właśnie przyglądaniu się funkcjonowaniu opieki medycznej w naszym pięknym kraju jest poświęcona.

Budżet NFZ na rok 2012 wyniósł 65 miliardy złotych. Dla niedowiarków: klik. Jak myślicie ile to daje w przeliczeniu na jednego Polaka? Posłużę się tutaj wariantami odpowiedzi zaprezentowanymi nam na ćwiczeniach:
16 złotych ?
160 złotych ?
1600 złotych ?
16 000 złotych. ?
160 000 złotych ?

Prawidłowa odpowiedź to 1 600 złotych na rok, które NFZ może wydać na jedną osobę. Czy to dużo? Zastanówmy się. Z tych pieniędzy trzeba opłacić funkcjonowanie szpitali (lekarze, pielęgniarki, kuchnia, konserwacja, administracja), pogotowie, transport medyczny, refundację leków (czasem po kilkaset złotych na jednym opakowaniu), programy profilaktyczne, opiekę stomatologiczną, opiekę w ramach POZ, poradnie specjalistyczne, rehabilitację, sanatoria. Jak myślicie, ile kosztów generuje jeden pacjent w wieku ponad 60 lat, z co najmniej dwoma chorobami przewlekłymi, który raz w roku trafi do szpitala, a raz na kilka lat pojedzie do sanatorium? Który przyjmuje po kilka leków, z których co najmniej dwa są na ryczałt i pacjent  płaci za nie np. 3,20 PLN, a NFZ do każdego opakowania dopłaca po 100 złotych? Bardzo dużo kosztuje.

Nie dziwmy się więc, że pieniędzy na polską służbę zdrowia brakuje. Lubimy wyolbrzymiać płacone przez nas składki, ale tak naprawdę są one stosunkowo niskie w porównaniu do innych europejskich państw. I sytuacja ta w latach najbliższych wcale się nie poprawi. Mamy starzejące się społeczeństwo, które coraz większych nakładów na leczenie potrzebuje. Od II wojny światowej nie było żadnych wydarzeń, które wyselekcjonowały by z populacji ludzi silniejszych, "mocniejszego zdrowia" i sprawiły, że tylko oni przekazaliby swoje geny następnym pokoleniom. Mamy wiec coraz dłużej żyjące, ale bardziej schorowane społeczeństwo. Medycyna od II wojny światowej rozwinęła się niesamowicie, potrafi radzić sobie z wieloma chorobami, które wcześniej zabijały mnóstwo ludzi, ale nie zmienia to faktu, że generuje to coraz większe i większe koszty. A społeczeństwo w naszym kraju bardzo trudno nazwać wysportowanym, zdrowo się odżywiającym, unikającym nałogów i korzystającym racjonalnie z służby zdrowia, leków OTC, stosującym się do zaleceń lekarskich.

Kolejna kwestia. Typowa postawa pokolenia ludzi w wieku 20-45 lat: Płacę bardzo duże składki na opiekę zdrowotną, a i tak muszę korzystać z prywatnej służby zdrowia. Gdzie te moje pieniądze znikają? No cóż, mamy w Polsce system solidaryzmu społecznego. Wpłacamy pieniążki do ZUSu, ZUS przekazuje je do NFZu, a ten rozdysponowuje je na wszystkich opieki medycznej potrzebujących.. Absolutnie wszystkich. Bezrobotnych, którym przysługuje ubezpieczenie jeśli zarejestrują się w PUPie, dzieci, które mają ubezpieczenie od rodziców, również dzieci, których rodzice nie mają ubezpieczenia, ale państwo do 18 roku pokrywa dla nich te świadczenia, emerytów, rencistów, rolników ubezpieczonych w KRUSie, którzy płcą dużo niższe stawki itd. Wymieniać by można bez końca.

Kolejny urok systemu solidaryzmu społecznego. Jest sobie mężczyzna, który nie płaci składek na ubezpieczenie zdrowotne. Nie wnikajmy już w jaki sposób. Ale ubezpieczenia nie ma. I wspomniany pan na prywatnej wizycie ma rozpoznaną cukrzycę. Potrzebna będzie mu insulina, leki z grupy pochodnych sulfonylomocznika, metformina. Co więc mu się opłaca? Ma płacić za te leki z własnej kieszeni? Nie, skądże znowu. Zaczyna płacić składki zdrowotne, i od momentu zapłacenia pierwszej korzysta ze wszelkich dobrodziejstw, przysługujących ludziom, którzy składki płacili :"od zawsze".

Co by jednak nie mówić system solidaryzmu społecznego w przypadku służby zdrowia generalnie daje radę. Nie jest idealny, nigdy tez taki nie będzie. Trudno jednak byłoby wyobrazić sobie całkowicie prywatną służbę zdrowia.w Polsce. Model taki funkcjonuje na przykład w USA. I poważna choroba jest w tym kraju przyczyną 46% wszystkich bankructw. Nie mówiąc już o drastycznych podwyżkach cen polis, w przypadku wykrycie jakiejkolwiek choroby.Lepiej więc chyba sprzedać dom i wyjechać sobie w podróż dookoła świata zamiast patrzeć jak traci się cały dorobek życia leżąc przykutym do szpitalnego łózka i mając świadomość, ze za każdą minutę słono płacimy.
Pod tym względem w Polsce jest zdecydowanie lepiej.

Chciałbym wrócić jeszcze do tematu refundacji kosztów leków i kar dla lekarzy, za błędy przy wypisywaniu recept. Można było spotkać się z wieloma opiniami, że to dobrze, że NFZ wreszcie wziął sie za lekarzy, że teraz będą recepty staranniej wypisywać itd. Wielu ludzi dało sobie zamydlić oczy, że to reforma na korzyść pacjenta, a lekarze są tymi złymi, bo nie chcą się jej podporządkować. Prawda jest zupełnie inna. Jak zwykle, chodzi o pieniądze. Celem tej reformy było (i jest nadal) maksymalne ograniczenie kosztów jakie NFZ ponosi przy refundacji leków. W dwóch mechanizmach. Pierwszym było przerzucenie na lekarza obowiązku sprawdzenia faktu, czy pacjent w chwili gdy do lekarza przyszedł jest ubezpieczony. Drugim  zastraszenie medyków wysokimi karami za nieprawidłowo wypisane recepty. I nie łudźmy się. - lekarz mógł pisać na receptach wszystko co tylko chciał, pomylić nazwę leku, wyprawiać 'cuda na kiju' i NFZu nie interesowało to i nadal nie interesuje. W kręgu zainteresowania NFZu leżą wyłącznie recepty na leki refundowane. I maksymalne przyczepienie się do wszystkiego, co tylko sie da, aby wlepić lekarzowi kary i 'oduczyć go wypisywania recept, do których NFZ musi dopłacać znaczne kwoty aptekom.
Swoistym paradoksem była sytuacja, w której lekarze nie mogli przepisać antybiotyku na 50% bez antybiotykogramu, na który czeka sie co najmniej tydzień. Teraz na szczęście Ministerstwo Zdrowia zmieniło nieco zalecanie i kilka podstawowych antybiotyków można wypisać bez posiewu.

Znacie też pewnie sytuację, w której pod koniec roku wiele szpitalnych oddziałów się zamykają z powodu remontu. Rok w rok. Zawsze mniej więcej w tym samym czasie. Mamy dzisiaj 15 listopada, więc przytoczenie tego ciekawego zjawiska pasuje "jak ulał". Czemu wspomniane oddziały pod koniec roku zostają zamknięte? Bo skończyły im się kontakty z NFZ. Podpisali umowę na 100 operacji ostrego zapalenia wyrostka robaczkowego, albo 3000 gastroskopii i nie zrobią żadnego więcej, bo NFZ im za nie nie zapłaci. Takie mamy czasy;)

* Jest to pocztówka numer 50 zaprezentowana na blogu w ramach mojej wielkiej kolekcji medycznej!
Przedstawia Łódzką Kasę Chorych. Ale chyba nie tą z lat 1997-2003. Bardziej wygląda wspomniane zdjęcie na lata 1919-1933, kiedy Kasy Chorych miały swój początek na ziemiach polskich.


środa, 14 listopada 2012

Arabia Saudyjska #2 Fontanna króla Fahada


Z miasta Jeddah - po polsku Dżudda


Fontanna króla Fahda
, zwana również fontanną Jeddah jest obiektem o najwyższym strumieniu wody na świecie. Jest też największą atrakcją turystyczną miasta. Fontannę wybudowano w latach 1980 – 1985 z funduszy króla Fahda, stąd jej nazwa. Wtedy to została również wpisana do Księgi Rekordów Guinnessa. Fontanna widoczna jest z każdego miejsca w mieście i robi niesamowite wrażenie. Woda wyrzucana z jej wnętrza w powietrze może osiągnąć prędkość ponad 350 km/h, a waga będącej w powietrzu cieczy przekracza 18 ton. Nocą oświetla ją ponad 500 halogenów.

Fontana Fahda bije na rekordowe 312 metrów (wieża Eiffla bez anteny ma około 301 metrów). Z daleka może się wydawać, że to jakiś szalony gejzer ze wszystkich sił wydostaje się spod ziemi. Władze miasta Dżudda (Jeddah) w latach 1980-1983 rok zbudowały ją na barce pływającej u wybrzeży Morza Czerwonego. Podczas wietrznej pogody można ją wykorzystać jako wiatrowskaz. Fontanna wygląda fantastycznie przez cala dobę, bo władze miasta lubują się w jej podświetlaniu.
Projekt wykonało arabskie towarzystwo SETE Technical Services, zajmujące się opracowaniem różnych inżynieryjnych urządzeń dla miasta, zaopatrzeniem w wodę, energetyką, ekologicznymi projektami. Zbudowano ją w 1985 roku. Teraz fontanna działa wyśmienicie. Jednak kilka lat po montażu specjaliści ujawnili że jej stalowe rury ucierpiały z powodu korozji. W końcu 1987 roku podjęto decyzję o wprowadzeniu antykorozyjnej ochrony anodowej. To inżynieryjne arcydzieło powstawało w czasie rządów króla Saudyjskiej Arabii zwanego Fahd bin Abdul Aziz Al Saud, dlatego nierzadko nazywają je fontanną króla Fahda, a czasem po prostu fontanną Jeddah. Ogólna masa wody, która stale „wisi” nad fontanną, to około 18,8 tony.

wtorek, 6 listopada 2012

Singapur #15 Do walki?



Jakieś opinie na temat tej niezwykle oryginalnej i unikalnej singapurskiej pocztówki? Dla porównania: smok singapurski 1smok japoński 1smok japoński 2

Singapore Imagine Dragon Exhibition: klik.