Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PhotoFancy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PhotoFancy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 czerwca 2014

Polska #153 Festiwal Dobrego Smaku Łódź 2014




Właśnie odbywa się w Łodzi 11 Edycja Festiwalu Dobrego Smaku, i trzecia w której próbuję wybranych dań. Tym razem opiszę 2 restauracje i 2 kawiarnie, odwiedzone wczoraj i dzisiaj.

Zaczynamy od Ato Sushi. Lokal ten miałem okazję odwiedzić już dwa latemu, kiedy to sukcesy święciła przygotowana przez nich pasta z łososia: klik. Teraz zaserwowali danie jeszcze lepsze, w dodatku odbiór wizyty w lokalu wielokrotnie spotęgowały wrażenia wzrokowe. Potrawa prezentowała się znakomicie, szara ulica przy której mieści się Ato Sushi zamieniła się w piękny woonerf klik, a ozdobą wieczoru była urocza blondynka, która zaszczyciła mnie swoim towarzystwem. Sama potrawa - "różowa kaczka gotowana w niskiej temperaturze podawana z pomarańczowo-rozmarynową pianą na puree z zielonego chill" rozbudziła apetyt. Świetne pure, które dopiero po momencie przechodziło w ostrą nutę dopełniło efektu. Oceniam na 9/10. Punkcik odjąłem za smak kaczki - niespotykany, ciekawy, nigdy takiego nie jadłem. To niewątplwiie plusy... ale bardzo lubię mięso z kaczki i mimo wszystko zabrakło mi trochę smaku... kaczki w kaczce, znanego z dzieciństwa z drobiu przyrządzanego z własnego chowu przez babcię. Może argument miałki, ale czegoś mi w miesnym akcencie  festiwalowego dania po prostu zabrakło. Z drugiej strony dla samej blondynki 10/10. Więc nie czepiajmy się szczegółów.
Ato Sushi ma duże szanse na kolejne zwyciestwo w festiwalu.

Nastepnego dnia odwiedziłem trzy lokale - bylem głodny, poza tym nie miałem planów na piątkowe popołudnie. Na pierwszy ogień poszła Babkarnia, mieszcząca się na rogu Struga i Piotrkowskiej. Tu na gości czekała "Pijana babka". Wg organziatorów: (Kugelhopf, baba drożdżowa, baba al rum, savarin, rum baba). Geneza tego deseru nie jest jednoznaczna, ale pewne jest, że powstał dzięki królowi Stanisławowi Leszczyńskiemu. Połączenie baby z alkoholem nastąpiło w XVIII wieku i trwa aż do dziś. We Francji to savarin, we Włoszech rum baba. Babkarnia postanowiła spolszczyć wersję tego deseru i na festiwal proponuje ciasto drożdżowe z dodatkiem tartej skórki pomarańczy, nasączone sokiem z pomarańczy i polskim alkoholem (Żołądkowa Gorzka tradycyjna), ozdobione kremem. Dopełnieniem Pijanej Babki jest „kawa z jajem”, czyli kawa po turecku na zimno z lodowym kremem na bazie żółtek. Deser został wydany błyskawicznie. Nic w tym dziwnego, skoro babeczki były przechowywane w lodówce, a kawa podana na zimno. Babka była nasącozna alkoholem w stopniu średnim. Nie było go zbyt mało, na pewno też nie za dużo. Nieatplwiie lepiej smakowałaby z dobrym rumem, a nie Żołądkową Gorzką. Ale rozumiem oszczędności.  Za cały deser, klimat lokalu i historyczną otoczkę ze Stanisławem Leszczyńskim w tle ode mnie mocne 7/10.


Lili - jedna z restauracji w Off Piotrkowska i Sztufada  z cytrynową leguminą i warzywami polnymi z marmeladą i ziemią Adama, jak dodał kelner. Uprzedził również, że legumina została przygotowana z cytryn gotowanych wraz ze skrókami, tak aby nadać jej smak goryczki. Cóż. Dla mnie była średnio zjadliwa. Próbowąłem samej, próbowałem z mięsem w różnych konfiguracjach, z warzywami, a większośc leguminy i tak pzoostała na talerzu. Teraz o plusach. Sama sztufada - czyli duszona pieczeń z wołowiny szpikowana słoniną - palce lizać. Młoda marchewka, 'marmelada' wzmacniały różnorodnośc smaków na talerzu. Prawdziwym smaczkiem była dla mnie natomiast ziemia. Z nutą lawendy jak mi sie zdaje: klik.
Nota dla potrawy 7/10. Chociaż gdyby nie legumina mogło być zdecydowanie wyżej.


Na deser zostawiłem równeiż OFF-ową Meblotekę Yellow. Kawiarnia ta już dwa lata z rzędu broni tytułu najlepszego deseru festiwalowego. W tym roku przygotowali wręcz obłedną propozycję.                      SZALONY DZIAŁKOWIEC
To wariacja na temat ciasta czekoladowego – murzynka. To ciasto czekoladowo-pomidorowe z nutką chili, rozpływające się w ustach, aromatyczne, dzięki pomidorom – z odrobiną pikanterii.





Uwielbiam murzynka, a ten podany przez Meblotekę był nieziemski. W dodatku żółty słodki sos podany w małym dzbaneczku. Tak, nie mylicie się. Sos do ciasta. I to jaki. Deser rozpływający sie wustach. I ten żal z każdą łyżeczką, że na talerzu pozostaje coraz mniej wysypanej z donickzi ziemi...
Ale wszystko popsuła w mojej ocenie kawa.... Espresso z miętą podane w małym słoiku ze słomką. Mocne, ale z wieloma kostkami lodu na spodzie, gorzkie, jakieś takie... dziwne.... Niedobre.
Gdyby podali filiżankę zwykłego gciepłego cappucino byłoby 10/10. A tak jedynie 8/10.
Mebloteka tak jak Ato Sushi po raz kolejny chce zgarnąć "Grand Prix".


Tak wygląda 'spustoszony" szalony działkowiec.

Festiwal Dobrego Smaku potrwa do niedzieli. Kto jeszcze nie był - polecam. W dwóch restauracjach i dwóch kawiarniach wydałem łącznie 34 złote a spróbowałem naprawdę ściekawych potraw. Naprawdę warto.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Polska #152 Rakowi wspak




Wczoraj, 22 czerwca odbył się pierwszy w Łodzi bieg charytatywny "Rak. To się leczy". Dla mnie zakończył się niespodziewanym sukcesem indywidualnym. Zająłem trzecie miejsce w kategorii mężczyźni w wieku 20-29 lat. Podium wywalczyłem w samej końcówce. Na jakieś 60 metrów przed metą wyprzedził mnie jeden z rywali, jak się potem okaząło z tej samej kategorii wiekwoej. Pozwoliłem mu przez 0 metrów biec przede mną, a póxniej dopaliłem 'nitro' i nie dałem mu szans na mecie.

Sam bieg okazał się dosyć nieoczekiwanie bardzo ciekawą pozycją wśród bogatego kalendarza imprez biegowych w Łodzi i okolicy. Zorganziowany perfekcyjnie, z ciekawą trasą łaczącą tereny Parku Baden-Powella i 3-go Maja, z atrakcyjnym pakietem startowym i ciekawą otoczką pikniku medycznego. Po biegu miałem okazję zrobic sobie EKG, zmierzyć ciśneinie tętnicze i porozmawiać z kardiologiem. Był również koncert Juana Carlosa Cano, zwycięzcy ostatniej edycji "The Voice of Poland". Podaję za organziatorami, dla mnie to był artysta anonimowy. Koncert całkiem fajny.

Promwoanie zdrowego stylu życia wielu osobom koajrzy się z nudnym, oklepanem tematem. Wydaje mi się, że dzięki takim wydarzeniom, jak biegu charytatywne połaczone z konsultacjami z lekarzami to doskonały sposób na zachęcenie ludzi do dbania o swoje zdrowie. Aktywnośc fizyczna ma bowiem działąnie peljotyropowe na nasz organizm i pzowala odwracać negatywne skutki błędów nietetycznych, nałogów, obecności wielu sytuacji stresowych w nasyzm życiu.








piątek, 13 czerwca 2014

Mundial - Mecz otwarcia



Działo się w spotkaniu inaugaracyjnym bardzo wiele. Chorwacja i Brazylia pokazały kawał dobrego futbolu. Szkoda tylko, że głównym bohaterem spektaklu stał się sędzia z Japonii. Dziś kolejne trzy mecze. A w pierwszym z nich sędzia z Kolumbii nie uznał właśnie już drugiej prawidłowo strzelonej przez Meksyk bramki... Skandal... Co prawda dziś piątek13-tego, ale bądźmy poważni.


niedziela, 1 czerwca 2014

Polksa #151 Dzień Dziecka na Poligonie na Brusie


Cóż. Dzień Dziecka to piekne święto. I nawet jak dzieckiem przestało się dawno być, warto zrobić czasem coś wyjątkowego w tym dniu. Myślę, że wycieczka na dawny poligon na Brusie, zwiedzanie strzelnicy i okolicznych nasypów i trzy okrążenia na trasie liczącej 3,4 kilometra - z górkami, muldami, piachem, gałęziami i innymi prze3szkodami jak najabardziej do takich kategorii się zalicza.








niedziela, 25 maja 2014

Polska #149 Intensywny dzień



Ostatnio dzieje się mnóstwo. Mam tyle zajęć, że na codzienne pisanie bloga - mimo szczerych chęci, nadarzających się okazji i wielu pomysłów na to, "co by tu dzisiaj wrzucić" po prostu brak czasu. 24 maja był dla mnie kolejnym intensywnym dniem. Rano Parkrun Łódź numer 100 - oficjalna próba nowych butów Adidas Cool Clima Ride. Nowych dla mnie, bowiem model ten na rynek został wprowadzony w 2011 roku. Udało się go nabyć po okazyjnej cenie, a co najważniejsze buty te swietnie leżą, są wygodne, przewiewne i nie ogranaiczają tak ruchów stopy jak Kalenji Long Distance 2013. Po Parkrunie - przebiegniętym zachowawczo, ale jednak z nienajgorszym rezultatem - 22:02 trzeba było się szybko zregenerować. O 18.30 czekał mnie start w być może najszybszym biegu na 10 km w sezonie. 12 Bieg Piotrkowską zgormadził na starcie prawie 3 tysiące osób. Oferował również rywalizację w kategoriach branżowych - min. dla lekarzy właśnie. Liczyłem więc na dobre miejsce, pomimo tego, że to był mój absolutny debiut w biegu na szybkiej trasie na takim dystansie. Końcowy rezultat 44 minuty 56 sekund musi satysfakcjonować. W klasyfikacji generalnej lekarzy zająłem 7 miejsce. Zabrakło 40 sekund, żeby zmeiścić się na podium. Spóbujemy za rok.
Do akademika wróciłem o 20.35. O 20.45 zaczął się finał Ligi Mistrzów. Po pasjonującym pojedynku i dogrywce wygrał tak jak prorokowałem Real. Decima, czyli dziesiąty w historii klubu Puchar Europy stał się faktem. Hala Madrid!






środa, 16 kwietnia 2014

Polska #145 Maratoński Debiut w Niedzielę Palmową




Zebranie się do napisania relacji z maratonu zabrało mi całkiem sporo czasu. Ale trudno się dziwić, biorąc pod uwagę, że dotarcie do wszystkich zdjęć, regeneracja, nabranie dystansu do całej sprawy musiało potrwać. Trzeba było też wyprodukować pocztówkę - organizatorzy imprezy o takie detale nie zadbali. Na szczęście w galerii Maratony Polskie znalazłem niezłe zdjęcie, a PhotoFancy po raz kolejny okazało się niezastąpione. Jadę w weekend wielkanocny  do domu, więc kartka trafi w ręce moich rodziców później, niż będą mieli okazję obejrzeć medal. Ale zostanie kolejna pamiątka w pocztówkowej kolekcji.

Piątek 11.04.2014 Wsiadamy na maratońską karuzelę

Maratońska gorączka zaczęła się już w piątek, 11 kwietnia. Wtedy to będąc w pracy odebrałem SMSa zapraszającego do odebrania pakietu startowego. W Atlas Arenie pojawiłem się około godziny 15-tej, z resztą pisałem o tym już na blogu klik. Po powrocie do akademika trzeba było pomyśleć o regeneracji. Sobota i niedziela zapowiadały się bowiem bardzo intensywnie. Odpowiednia ilość snu, mięso, węglowodany, spędzanie czasu na oglądaniu telewizji, przeglądaniu internetu. Przyjemniejsza część przygotowań do startu.


Sobota 12.04.2014  Dzień oczekiwania na start

Organizatorzay Maratonu DOZ na sobotni ranek, poprzedzający ranek maratoński, zaplanowali Bieg śniadaniowy. Nie trzeba było dokonywać zapisów - wystarczyło pojawić się w dniu biegu w okolicy startu, czyli na ulicy Unii Lubelskiej, w pobliżu wejścia do Aquaparku Fala. Każdy z uczestników dostawał bawełnianą koszulkę z reklamą batoników Ba!, nowego produktu Bakalandu. a na mecie czekały torebki z zestawem śniadaniowym. Trzeba powiedzieć też o dystansie - 1,5 kilometrów nie powinno odstraszyć nikogo. Jednak mimo obecności elity maratonu - z późniejszymi zwycięzcami: Yaredem Shegumo i Karoliną Jarzyńską na czele, bieg nie zachwycił frekwencją. Maraton i cała otoczka wokół w Łodzi wymagają jeszcze reklamy.

start Biegu Śniadaniowego w moim obiektywie

Yared Shegumo uwieczniany przez "Doktorka"

Przed Biegiem śniadaniowym można było usłyszeć o planach Shegumo i Jarzyńskiej. Późniejsi zwycięzcy byli skromni, ale swobodnie rozmawiali z dziennikarzami i nie kryli swoich ambicji. Przy tej okazji napiszę nieco o fotografie z zamiłowania, którego można spotkać na większości imprez biegowych w województwie łódzkim. Pan Maciej "Doktorek" Nowosławski nie mógł odpuścić również maratonu. Spotkałem go w sobotę około godziny 9.00, na długo przed startem Biegu śniadaniowego. Przespacerowaliśmy się ulicą Unii Lubelskiej, odwiedziłem po raz kolejny maratońskie EXPO pozując przy okazji do zdjęć przy tablicy z nazwiskami wszystkich uczestników biegu na dystansie królewskim. A tuż przed startem Biegu śniadaniowego sam pstryknąłem "Doktorkowi" zdjęcie. Rzecz jasna w czasie gdy on robił zdjęcie komu innemu. I w tym wypadku nie pierwszej z brzegu osobie, tylko przyszłemu zwycięzcy.

fot. Maciek "Doktorek" Nowosławski
fot. Maciek "Doktorek" Nowosławski

Dla odskoczni od maratonu wybrałem się jeszcze na Interstone 2014, odbywające się również 12-13 kwietnia. Zawsze umykała mi ta impreza, polecana przez znajomych. Zaopatrzyłem się chociażby w słonika na szczęście ze steatytu, czyli kamienia mydlanego. Po obejrzeniu oferty targów kamieni szlachetnych spacer przez Park Poniatowskiego i jeszcze raz Atlas Arena - nie chciałem przegapić Pasta Party oraz prezentacji zawodników elity. I tu pierwszy zgrzyt - w czasie Pasta Party serwowano bardzo skromną ilość makaronu, na jaką pozwalały małe talerzyki. Trochę jak "Bierz ile chcesz" w North Fishu. Wcześniej nie wiedziałem do końca, co kryje się pod pojęciem pasta party, ale zapowiadana przez organizatorów uczta makaronowa i doskonała okazja do spotkania biegaczy przed startem w mojej opinii to na pewno nie była. W domu można sobie zrobić dużo atrakcyjniejsze pasta party.





Jak widzicie opisanie maratonowej otoczki zajęło mi trochę miejsca. Zapewniam również, że i czasu. Przejdźmy więc do dnia startu. Jeśli ktoś ma ochotę na pewną odskocznię od mojego stylu pisania, a chciałby czytać nadal o maratońskim debiucie to polecam innego bloga: klik. Sam zrobiłem sobie przerwę przed skleceniem najważniejszej części relacji. Bliczkowi zazdroszczę dużej ilosci fajnych zdjęć oraz kibiców na trasie. Ja miałem bardzo uczynnego "Doktorka", spotkałem znajomych biegaczy, poznałem nowe osoby ale ze znajomych na trasę czy metę maratonu nie przyszedł nikt.


Niedziela 13.04.2014   Dzień próby

Obudziłem się około 5.30. Zaplanowałem, że do Atlas Areny dotrę tramwajem numer 12, który pojawi się na przystanku Pomorska-Konstytucyjna o godzinie 6.48. Miałem więc wydawaloby się dużo czasu, żeby wmusić w siebie śniadanie. Śniadanie stricte maratońskie - dwie kajzerki z bardzą dużą ilością miodu kremowego, herbata z dużą ilością cukru i cytryną. Szło dosyć opornie. Kolejną kwestią było ładowanie telefonu - wiedziałem, że bateria w moim smartfonie może nie wytrzymać maratonu z uruchomionym Endomondo - dlatego chciałem zwiększyć stopień jej naładowania do 100% (przez noc zdążyła zjechać do 94%). Na tramwaj więc ledwo co zdążyłem - konieczna była lekka przebieżka. Z Lumumbowa tym samym wagonem wyruszyły jeszcze dwie osoby z charakterystycznymi workami Łódź Maraton.


Gdy wstałem było jeszcze ciemno

Pół godziny jazdy i jesteśmy u celu. Na nieco ponad półtorej godziny od startu. Atlas Arena zaczynała powoli wypełniać się biegaczami, ale zdawałem sobie doskonale sprawę, że już za 15 - 20 minut wprost się od nich zaroi. Trzeba było zająć wygodne miejsce w szatni. Ponad 4 tysiące ludzi stanie niedługo na starcie. Wcześniej część z nich zostawi rzeczy w samochodach, ale gros dokona szturmu na szatnie i depozyty.




Kolejny raz spotkałem wszędobylskiego "Doktorka", który już działał ze swoim obiektywem. Uchwycił mnie akurat w pełnym maratońskim rynsztunku. Już po starcie zdejmę chustę wielofunkcujną z Bykiem z szyi i zamienię ją we frotkę założoną na prawą rękę. Wspomniana chusta to taki mój talizman mający przynosić szczęśćie. Z perspektywy czasu myślę, że można było zrezygnować z czapki i wykorzystac chustę jako opaskę na głowę. Wersja bardziej bojowa i wyróżniająca się z tłumu, a poza tym nieco wygodniejsza.

Spacerując po hali rozgrzewkowej w drodze do depozytu rzuciła mi się w oczy bardzo ciekawa koszulka. Z napisem "Kutno miasto róż", a na odwrocie "Gdy Ci smutno, Gdy Ci źle, Weź przebiegnij się. Zapytałem się jej posiadacza skąd ma takie cudo reklamujace moje rodzinne maisto. Okazało się, że Krzysiek zaprojektował sobie tę koszulkę zupełnie sam. Nowa znajomość
 została jednak zawarta - przegadaliśmy całą drogę na start, zrobiliśmy wspólnie rozgrzewkę. Krzysiek planował złamać 4 godziny. Ja miałem na celu czas około 3 godzin 45, 3 godzin 50 minut. Chciałem iść na całość. Ostatecznie żadnemu z nas nie udało się planu maksimum zrealizować, ale Krzysiek przybiegł 5 minut przede mną na metę. Widocznie był lepiej przygotowany.





****    Start
Start bez większych ekscesów. Biegacze wypełnili Aleję Unii Lubelskiej. Maraton po pierwszych 300 metrach odbijał w prawo, bieg na 10 kilometrów prowadził prosto. Ustawilem się za balonikami na 3h 45min. Dwójka zająców wzbudzała zaufanie i liczyłem, że doprowadzą mnie do mety w świetnym czasie. Trochę brakowało barierki oddzielającej maratończyków od biegaczy na 10 kilometrów. Mieszanie się dwóch grup przed skrętem mogło wybijać z rytmu. Na szczęście większość ruszyła spokojnie i trzymała się swojej strony. Całkie sporo osób skusiło się na charakterystyczne pomarańczowe ponczo dołączane do pakietów startowych. Okazało się, że ten kawał folii jest w stanie dobrze utrzymywać temperaturę biegaczy przed startem. A już przed samym biegiem można się go bez żalu pozbyć. Muszę więc jeszcze skorzystać kiedyś z mojego kawałka pomarańczowej folii.



fot. Maciej "Doktorek" Nowosłąwski
Baloniki na 3:45 na starcie

****   Pierwsze 5 km
Piątka przebiegnięta spokojnym tempem, w około 27 minut. Zapoznawczo, na dobre wejście w bieg. Baloniki były cały czas przede mną. Oddaliły się na jakieś 100 metrów, ale biegnąc w optymalnym dla tego etapu tempie utrzymywałem dzielącą mnie od nich odległość. Podejmowałem delikatne próby przyspieszenia ale w głowie miałem caly czas zakodowane, że na maratonie na pierwszych 20 kilomerach trzeba po prostu jak najmniej stracić. Stwierdziłem również, że pora na pierwszą pastylkę cukru gronowego - zapobiegawczo. Cukerki te dostałem na jednej z konferencji diabetologicznych i przetestowałem wcześniej na Półmaratonie Pabianickim. Doskonale podnoszą poziom glukozy we krwi.






Około 3 kilometra przebiegaliśmy obok Manufaktury. Było to pierwsze miejsce z bardziej energicznym dopingiem. Cheerleaderki dostały od biegaczy zasłużone brawa.
Będzie jeszcze sporo o przebiegu trasy łódzkimi ulicami, więc gdyby ktoś potrzebował wizualizacji polecam świetne narzędzie: klik.


****  6-12 kilometr
Czas na 10 kilometrze 53 minuty 50 sekund. Wydaje mi się, że przy uwzględnieniu równomiernego rozkładu sił na cały bieg wynik przyzwoity. Taktyka pozostawała niezmienna, jednak baloniki na 3:45 oddaliły się bardziej. Te 7 kilometrów prowadziło przez najbardziej reprezentatywne punkty Łodzi jak Plac Wolności czy kawałek Piotrkowskiej, a zaraz potem przez Rondo Solidarności i okolice akademików. Na Palki i Strykowskiej mieliśmy okazję oglądać pierwszy mega korek samochodów. Na każdy skrzyżowaniu, przejściu dla pieszych było sporo Policji bądź wolontariuszy.



Punkt odżywczy na 11 kilometrze, zaraz za skrętem z Jaracza w Kopcińskiego

A tu już kawałek dalej, na środku Ronda Solidarności

**** Między 13 kilometrem a półmetkiem (21,097km)
Odcinek na którym zacząłem odczuwać pierwsze trudy maratonu, a wszystko dzięki pofałdowaniu terenu okolic Lasu Łagiewnickiego. Biegło się jednak nadal dobrze i na półmetku zanotowałem czas 1 godzina 53 minuty 46 sekund. 6 minut zapasu nad rezultatem na 4:00 na mecie. Ale czy dam radę pobiec drugą połówkę poniżej 2:06? Zadanie wydawało się bardzo trudne, ale nadal wierzyłem we własne siły. 3:45 definitywnie odeszło do historii. Ale zaraz. Właśnie wyprzedza mnie jeden z pacemakerów na 3:45. Badyl - ten wyższy i w okularach. Ale przecież zające miały być wyraźnie z przodu i kilka kilometrów teu zgubiłem je z zasięgu wzroku. Widocznie jeden musiał przerwać bieg na jakiś czas. Nie wiedziałem, że go wyprzedziłem więc chyba skoczył w las. Ciągnie wilka do, ale zająca... A może po prostu potrzeba fizjologiczna. Ale raczej "dwójka" niż "jedynka" biorąc pod uwagę wszystkie dane... Badyl dzielnie gonił drugiegi pacemakera. Udało mu się. Ostatecznie to on samotnie przyprowadzi grupę na 3:45 na metę.

**** Półmetek - 27 kilometr
Tu zaczęły się schody. Po pierwsze ciążył dystans. Przed maratonem tylko raz w życiu przebiegłem 25 kilometrów, a dwa razy półmaraton. Wszystko na zawodach. Zabrakło ponad 20-kilometrowych treningów. A nie da się ukryć, że i takie po 30 kilometrów okazały się nieodzowne. Na punkcie odżywczym na Pojezierskiej, na 26 kilometrze po raz pierwszy się zatrzymałem. Stwierdziłem, że zjem spokojnie kawałek banana, popiję wodą i izotonikiem i przystąpię do dalszego biegu z większą energią, Nie wróciłem jednak już po tym "stopie" do właściwego rytmu.

****  28-30 kilometr  Aleja Włókniarzy

Bieg na przemian z marszem czas uruchomić. Na 29 kilometrze uśmiechnięte przedstawicielki płci pięknej dawały każdemu beigaczowi po dwa żele energetyczne. Wydaje mi się, że niewiele mi pomogły w przebiegnięciu ostatnich 13 kilometrów. A może bez nich byłoby gorzej? Jakby nie patrzeć miałe zapas jeszcze szybciej działającego cukru gronowego. Decydującą kwestią był kilometraż. Nie zakłamując rzeczywistości wchodziłem w etap biegu, w którym nawet furmanka załadowana po brzegi sianem i ciągnięta przez świnkę morską byłaby w stanie mnie wyprzedzić.






**** 31-36 kilometr Unii Lubelskiej, Maratońska, zawrotka, Maratońska, Unii Lubelskiej
czyli rzesze maszerujących a do mety jeszcze relatywnie daleko

Odcinek który co roku przysparza największe problemy. Patrząc z północy na południe lewą (wschodnią) częścią jezdni biegli maratończycy dopiero kierując się do oddalonej o około dwa kilometry zawrotki, natomiast prawą częścią biegli ci, którym zostało już dużo mniej do mety. Widok był z jednej strony motywujący, jednak gdy już sił brakowało i trzeba było znowu przechodzić w marsz, a tamci z oddali biegli (i to szybko) działało to deprymująco.




Bez dwóch zdań pomagał dźwięk bębnów zespołu City Bum Bum i całkiem licznie zgromadzeni na trasie kibice. Na Maratońskiej łapały mnie skurcze w lewej pachwinie, nogi piekły w stawach skokowych i odechciewało się  biegu. Za to maszerowanie wydawało się takie błogie. Każde przyspieszenie i przejście w trucht wymagało dużo silnej woli.


****  37-41 kilometr


Widoczny na zdjęciu pacemaker na 4:15 bardzo pomógł mi przetrwać ostatnie 5 kilometrów. To właśnie razem z balonikami na 4:15 przebiegłe 1,5 kilometra dobrym tempem. Tylko dzięki nim złamałem 4:20 a nie walczyłem z 4:30.

****  42 kilometr

Tu sponsor od izotoników ustawił cheerleaderki i zapewniał zdjęcie każdemu z biegaczy. Kilometr pod znakiem Kiedy już ta meta! Na tym etapie każdy już jechał na oparach.



Przybijanie piątki lewą ręką? Dzięki, nie skorzystam


****  Finisz i Meta
Co tu dużo mówić. Gazu i do przodu. Jeszcze serpentyna już za bramą Atlas Areny i końcowa prosta wewnątrz hali.




                           Końcowy rezultat 4 godziny 19 minut 13 sekund

fot. Maciek "Doktorek" Nowosławski
Góra 10 sekund po wbiegnięciu na metę - znowu "Doktorek"

Bateria HTC wytrzymała - Endomondo zapisało całą trasę.




Podsumowanie
Cóż - moja relacja, a szczególnie wykresy z Endomondo to kolejny przykład na to, jak nie powinno się biegać maratonu. Być może dla kogoś okaże się pomocna. Nie zmienia to faktu, że z debiutu jestem mimo wszystko zadowolony. Pierwszy maraton zaliczony. Na następnych będzie tylko lepiej.

 Po biegu czas na relaks
A po powrocie do akademika nadszedł czas na uzupełnianie niedoborów energetycznych. Jedno piwo Książęce Ciemne Łagodne i Pizza z kebabem, pomidorami i cebulą pomogły mi wrócić do formy. Wypróbowałem chyba najmniej zdrowy z polecanych zestawów regeneracyjnych, ale muszę przyznać, że było pysznie. A dziś, w czwartej dobie po maratonie czuję się tak, jakbym żadnego maratonu nie biegł. Niesamowita sprawa. Po pierwszym w życiu Półmaratonie Szakala Dookoła Lasu Łagiewnickeigo dochodziłem do siebie prawie tydzień.

Pizza oczywiście z dostawą do pokoju