czwartek, 15 listopada 2012

Polska #87 Służba zdrowia w Polsce i w Łodzi



Dziś nadszedł ten dzień w którym zamierzam napisać co nieco o polskiej służbie zdrowia. Nie jak to wcześniej na blogu bywało o wakacyjnych praktykach, polskich pielęgniarkach, czy zajęciach w poszczególnych klinikach łódzkiego UMEDu. Dziś bardziej przekrojowo. O polskiej służbie zdrowia generalnie. Skłoniły mnie do tego zajęcia z medycyny rodzinnej, których spora część właśnie przyglądaniu się funkcjonowaniu opieki medycznej w naszym pięknym kraju jest poświęcona.

Budżet NFZ na rok 2012 wyniósł 65 miliardy złotych. Dla niedowiarków: klik. Jak myślicie ile to daje w przeliczeniu na jednego Polaka? Posłużę się tutaj wariantami odpowiedzi zaprezentowanymi nam na ćwiczeniach:
16 złotych ?
160 złotych ?
1600 złotych ?
16 000 złotych. ?
160 000 złotych ?

Prawidłowa odpowiedź to 1 600 złotych na rok, które NFZ może wydać na jedną osobę. Czy to dużo? Zastanówmy się. Z tych pieniędzy trzeba opłacić funkcjonowanie szpitali (lekarze, pielęgniarki, kuchnia, konserwacja, administracja), pogotowie, transport medyczny, refundację leków (czasem po kilkaset złotych na jednym opakowaniu), programy profilaktyczne, opiekę stomatologiczną, opiekę w ramach POZ, poradnie specjalistyczne, rehabilitację, sanatoria. Jak myślicie, ile kosztów generuje jeden pacjent w wieku ponad 60 lat, z co najmniej dwoma chorobami przewlekłymi, który raz w roku trafi do szpitala, a raz na kilka lat pojedzie do sanatorium? Który przyjmuje po kilka leków, z których co najmniej dwa są na ryczałt i pacjent  płaci za nie np. 3,20 PLN, a NFZ do każdego opakowania dopłaca po 100 złotych? Bardzo dużo kosztuje.

Nie dziwmy się więc, że pieniędzy na polską służbę zdrowia brakuje. Lubimy wyolbrzymiać płacone przez nas składki, ale tak naprawdę są one stosunkowo niskie w porównaniu do innych europejskich państw. I sytuacja ta w latach najbliższych wcale się nie poprawi. Mamy starzejące się społeczeństwo, które coraz większych nakładów na leczenie potrzebuje. Od II wojny światowej nie było żadnych wydarzeń, które wyselekcjonowały by z populacji ludzi silniejszych, "mocniejszego zdrowia" i sprawiły, że tylko oni przekazaliby swoje geny następnym pokoleniom. Mamy wiec coraz dłużej żyjące, ale bardziej schorowane społeczeństwo. Medycyna od II wojny światowej rozwinęła się niesamowicie, potrafi radzić sobie z wieloma chorobami, które wcześniej zabijały mnóstwo ludzi, ale nie zmienia to faktu, że generuje to coraz większe i większe koszty. A społeczeństwo w naszym kraju bardzo trudno nazwać wysportowanym, zdrowo się odżywiającym, unikającym nałogów i korzystającym racjonalnie z służby zdrowia, leków OTC, stosującym się do zaleceń lekarskich.

Kolejna kwestia. Typowa postawa pokolenia ludzi w wieku 20-45 lat: Płacę bardzo duże składki na opiekę zdrowotną, a i tak muszę korzystać z prywatnej służby zdrowia. Gdzie te moje pieniądze znikają? No cóż, mamy w Polsce system solidaryzmu społecznego. Wpłacamy pieniążki do ZUSu, ZUS przekazuje je do NFZu, a ten rozdysponowuje je na wszystkich opieki medycznej potrzebujących.. Absolutnie wszystkich. Bezrobotnych, którym przysługuje ubezpieczenie jeśli zarejestrują się w PUPie, dzieci, które mają ubezpieczenie od rodziców, również dzieci, których rodzice nie mają ubezpieczenia, ale państwo do 18 roku pokrywa dla nich te świadczenia, emerytów, rencistów, rolników ubezpieczonych w KRUSie, którzy płcą dużo niższe stawki itd. Wymieniać by można bez końca.

Kolejny urok systemu solidaryzmu społecznego. Jest sobie mężczyzna, który nie płaci składek na ubezpieczenie zdrowotne. Nie wnikajmy już w jaki sposób. Ale ubezpieczenia nie ma. I wspomniany pan na prywatnej wizycie ma rozpoznaną cukrzycę. Potrzebna będzie mu insulina, leki z grupy pochodnych sulfonylomocznika, metformina. Co więc mu się opłaca? Ma płacić za te leki z własnej kieszeni? Nie, skądże znowu. Zaczyna płacić składki zdrowotne, i od momentu zapłacenia pierwszej korzysta ze wszelkich dobrodziejstw, przysługujących ludziom, którzy składki płacili :"od zawsze".

Co by jednak nie mówić system solidaryzmu społecznego w przypadku służby zdrowia generalnie daje radę. Nie jest idealny, nigdy tez taki nie będzie. Trudno jednak byłoby wyobrazić sobie całkowicie prywatną służbę zdrowia.w Polsce. Model taki funkcjonuje na przykład w USA. I poważna choroba jest w tym kraju przyczyną 46% wszystkich bankructw. Nie mówiąc już o drastycznych podwyżkach cen polis, w przypadku wykrycie jakiejkolwiek choroby.Lepiej więc chyba sprzedać dom i wyjechać sobie w podróż dookoła świata zamiast patrzeć jak traci się cały dorobek życia leżąc przykutym do szpitalnego łózka i mając świadomość, ze za każdą minutę słono płacimy.
Pod tym względem w Polsce jest zdecydowanie lepiej.

Chciałbym wrócić jeszcze do tematu refundacji kosztów leków i kar dla lekarzy, za błędy przy wypisywaniu recept. Można było spotkać się z wieloma opiniami, że to dobrze, że NFZ wreszcie wziął sie za lekarzy, że teraz będą recepty staranniej wypisywać itd. Wielu ludzi dało sobie zamydlić oczy, że to reforma na korzyść pacjenta, a lekarze są tymi złymi, bo nie chcą się jej podporządkować. Prawda jest zupełnie inna. Jak zwykle, chodzi o pieniądze. Celem tej reformy było (i jest nadal) maksymalne ograniczenie kosztów jakie NFZ ponosi przy refundacji leków. W dwóch mechanizmach. Pierwszym było przerzucenie na lekarza obowiązku sprawdzenia faktu, czy pacjent w chwili gdy do lekarza przyszedł jest ubezpieczony. Drugim  zastraszenie medyków wysokimi karami za nieprawidłowo wypisane recepty. I nie łudźmy się. - lekarz mógł pisać na receptach wszystko co tylko chciał, pomylić nazwę leku, wyprawiać 'cuda na kiju' i NFZu nie interesowało to i nadal nie interesuje. W kręgu zainteresowania NFZu leżą wyłącznie recepty na leki refundowane. I maksymalne przyczepienie się do wszystkiego, co tylko sie da, aby wlepić lekarzowi kary i 'oduczyć go wypisywania recept, do których NFZ musi dopłacać znaczne kwoty aptekom.
Swoistym paradoksem była sytuacja, w której lekarze nie mogli przepisać antybiotyku na 50% bez antybiotykogramu, na który czeka sie co najmniej tydzień. Teraz na szczęście Ministerstwo Zdrowia zmieniło nieco zalecanie i kilka podstawowych antybiotyków można wypisać bez posiewu.

Znacie też pewnie sytuację, w której pod koniec roku wiele szpitalnych oddziałów się zamykają z powodu remontu. Rok w rok. Zawsze mniej więcej w tym samym czasie. Mamy dzisiaj 15 listopada, więc przytoczenie tego ciekawego zjawiska pasuje "jak ulał". Czemu wspomniane oddziały pod koniec roku zostają zamknięte? Bo skończyły im się kontakty z NFZ. Podpisali umowę na 100 operacji ostrego zapalenia wyrostka robaczkowego, albo 3000 gastroskopii i nie zrobią żadnego więcej, bo NFZ im za nie nie zapłaci. Takie mamy czasy;)

* Jest to pocztówka numer 50 zaprezentowana na blogu w ramach mojej wielkiej kolekcji medycznej!
Przedstawia Łódzką Kasę Chorych. Ale chyba nie tą z lat 1997-2003. Bardziej wygląda wspomniane zdjęcie na lata 1919-1933, kiedy Kasy Chorych miały swój początek na ziemiach polskich.


6 komentarze:

  1. Małe sprostowania:
    a) pogotowie = ratownictwo medyczne (podobnie jak straż pożarna i in.) jest finansowane bezpośrednio z budżetu państwa, nie przez NFZ. Do pomocy w przypadku zagrożenia życia ma prawo każdy obywatel także nieubezpieczony.
    b) przykład z facetem z cukrzycą jest nieprawdziwy. Mając przerwę w ubezpieczeniu, żeby móc się leczyć na NFZ, nie wystarczy zacząć sobie opłacać składki, za przerwę jest dodatkowa opłata, która w przypadku kilku lat wynosi ładnych parę tysięcy zł. To wcale nie jest opłacalny "interes" nie płacić składek gdy się jest zdrowym, ta opłata jest prawie równa kwocie, którą ten chory "zaoszczędził", w sumie i tak te koszty poniesie.
    c) wprawdzie o tym nie pisałeś, ale niektórzy nie wiedzą, że za czas choroby wynagrodzenie płaci pracodawca przez 30 dni w roku, dopiero potem ZUS. Olbrzymia większość lżej chorych (w tym i ich dzieci) obciąża NFZ w śladowym stopniu. Oni nadal płacą te 1600zł rocznie przez całe lata nie odbierając nic z systemu, no fakt, odbiorą sobie może pięć lat przed śmiercią... ale ilu nie dożyje do starości wymagającej aż tak drogich zabiegów, żeby się to nie zwróciło.
    I na koniec - smutne to, ale może lekarze zastanowiliby się, że często najdroższe zabiegi i leki to tylko przedłużanie bezsensownego cierpienia, lepiej pozwolić człowiekowi spokojnie umrzeć... czy naprawdę konieczne jest reanimowanie umierającego na raka? albo cuda-wianki operacje aby przeżył skrajnie upośledzony noworodek... ech...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co do a - sam tego nie sprawdzałem, tak powiedzieli mi na zajęciach.
      Rzeczywiście w internecie łatwo można znaleźć informację że od 2007 pogotowie jest finansowane z budżetu państwa.

      b) a kto powiedział że pan z przykładu miał przerwę w płaceniu składki? On jej sam nigdy nie płacił.
      Gdyby miał przerwę masz rację.

      c)to prawda
      Generalnie czy to w onkologii czy przy noworodkach nie podtrzymuje sie życia za wszelka cenę. W neonatologii jest granica 22 tygodni i 6 dni, poniżej której absolutnie nie wolno ratować noworodków. W 25 tygodniu jest obligatoryjny nakaz ratowania,a pomiędzy wszystko zależy.

      Generalnie te decyzje często podejmują sami pacjenci, a w przypadku noworodków rodzice.
      Są zalecenia, żeby nie reanimować pacjentów umierających na raka.

      Usuń
    2. Jeszcze co do a. Poczytałem sobie dokument ze strony Ministerstwa Zdrowia. http://nfz.gov.pl/new/art/4816/vademecum_2012_09_25.pdf
      No i masz zdecydowaną rację. NFZ nie finansuje pogotowia.
      |Może i dobrze, ze NFZ nie zajmuje sie finansowaniem tego ani programu szczepień ochronnych bo również w tych dziedzinach szukałby oszczędności. Ale de facto: składki ściągane przez ZUS dla NFZu czy budżet państwa- wszystko i tak pieniądze podatników.

      Do wspomnianej listy warto dodać koszty biurokracji, które w Polsce zawsze były i będą wysokie. Ale nie pewno nie stanowią tak dużej części budżetu NFZ jak się bardzo wielu Polakom wydaje.

      Usuń
  2. Budynek z tej pocztówki stoi nadal na Starych Bałutach, choć oczywiście nieco odrestaurowany (i co z tego, skoro stoi i niszczeje?) - a wybudowany on został w latach 1927-1929. I choć źródła różne bzdury o tym budynku piszą, to w rzeczywistości był to budynek Szpitala im. Kasy Chorych Miasta Łodzi, następnie przemianowany na Główny Szpital Getta Łódzkiego, a po wojnie na Szpital Położniczy im. Heleny Wolf. Z tego co mi wiadomo, początkowo został ten budynek wykupiony na potrzeby rewitalizacji i stworzenia tam prywatnej kliniki - pomysł ten jednak zarzucono i posypały się inne - masarnia, hotel, muzeum getta. Obecnie stoi tak jednak wielkie, niestety, nic. A szkoda - bo budynek ładny...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za informacje. Obejrzałem sporo zdjęć w internecie pod hasłem Szpital im. Heleny Wolff i muszę przyznać, że nie tak łatwo rozpoznać ten budynek.

      Sam nie podjąłem próby identyfikacji budynku, bo misja wydawał mi się trudna niezwykle. Swoją drogą muszę się jeszcze bardziej łodzią pointeresować.
      Np. zwiedzić taki szlak: http://www.cit.lodz.pl/pokaz/1347,6,98,szlakiem-litzmannstadt-getto-stare-miasto-stare-baluty-marysin

      Usuń
  3. Z państwowej służby zdrowia korzystam najmniej jak się da. Ale jak zdrowie podupadnie to zdaję sobie sprawę, że te 1600zł. to starczy raptem może na tydzień jeśli włączy się pobyt w szpitalu.

    OdpowiedzUsuń