niedziela, 9 lutego 2014

Rosja #12 "The bird of luck" tudzież relacja z pierwszego dnia prawdziwych zmagań w Soczi


Czeboksary nad rzeką Wołgą, stolica republiki Czuwaszja. "The bird of luck" and Taganait - the stone of sun and love. Takie rosyjskie atrakcje widokówkowe. Tanya z Postcrossingu napisała mi, że to miejsce dobre na ... piknik. Właściwie, czemu nie?

IO w Soczi rozkręcają sie coraz bardziej. Dzisiaj nauka chirurgii szła mi całkiem nieźle. Na tyle nawet dobrze, że obejrzałem przynajmniej po fragmencie większości dzisiejszych transmisji z zimowych zmagań olimpijskich. Ciekawe doświadczenie. Dla letnich igrzysk olimpijskich w moim wykonaniu jako widza to niemal norma, ale jeśli chodzi o zimowe czempionaty dotychczas nigdy aż tak uważnie im się nie przeglądałem.

Niestety do LEKu pozostały tylko dwa tygodnie - tyle ile do końca igrzysk. I w kolejnych dniach będę mógł sobie pozwolić jedynie na absolutne minimum, czyli śledzenie poczynań naszych skoczków narciarskich i Justyny Kowalczyk.


Za nami właśnie pierwszy start Justyny, w którym nasza mistrzyni zajęła 6 miejsce i wyraźnie było widać, że rywalki w tym momencie są dla niej za mocne. Skoro Justyna nie była w formie bieg oczywiście wygrał babochłop Bjoergen, faszerowany sterydami i beta mimetykami pod aprobatą MKOL. Zawiodła po raz kolejny Therese Johaug - chyba najbardziej przereklamowana biegaczka narciarska naszych czasów.

Dosyć ciekawie było również na panczenach. Bardzo dobry występ zanotował Jan Szymański, który przez długi czas prowadził.  Wydawało się, że może przełożyć się to na bardzo wysokie miejsce. Niestety startujący na końcu stawki łyżwiarze przyćmili dokonania Polaka i ostatecznie zajął on 13 miejsce. Zanosiło się, że po medal sięgną reprezentanci gospodarzy. Jednak Holender Sven Kramer okazał sie bezkonkurencyjny i pobił rekord świata na 5 kilometrów. Jego rodacy zajęli z resztą pozostałe pozycje na podium. Holandia... W innych sportach zimowych reprezentanci tego kaju się nie liczą, ale znaleźli dla siebie idealną niszę i z każdej wielkiej imprezy wracają z workiem medali.


Kolejną transmisją na którą sie skusiłem były fragmenty biathlonu mężczyzn. Jedna z moich ulubionych dyscyplin. Bieg na nartach z karabinem na plecach. W pozycji stojącej strzela sie do czarnego pola wielkości pomarańczy, na leżąco do środka tego czarnego pola - wielkości orzecha włoskiego. Za każde pudło trzeba biegać rundę karną. Doskonała zabawa. A zawody (sprint na 10 km) wygrał Ole Einar Bjoerndalen. 40-letni sportowiec, który startuje z wielkimi sukcesami odkąd tylko pamiętam. Tragicznie zaprezentowali się nasi biathloniści, którzy plasując się poza pierwszą 60-tką wystąpili w roli turystów.


Prawdziwą wisienką na torcie były wieczorne kwalifikacje przed niedzielnym konkursem na średniej skoczni w skokach narciarskich. Zanim jednak zostały one rozegrane można było przeczytać o amerykańskim bobsleiście, który zatrzasnął sie w łazience. Uratowała go tylko jego niezwykła siła, która pozwoliła na zdemolowanie rosyjskich niedoróbkowych drzwi i oswobodzenie sie z opresji.


Zaiste zacny widok. Inne problemy miał polski narciarz alpejski, który zachorował z powodu warunków panujacych w hotelowym pokoju. Tak przynajmniej twierdzi: klik. Życzę powrotu do zdrowia na superkombinację panu Maciejowi. Może niech zrobi z hotelowymi dywanami, pościelami, drzwiami i oknami to co Amerykanin? Przynajmniej nie byłby odbierany jako taki bidulek, który skarży się na niedobrych Rosjan i cały świat.

Przypadła mi także do gustu transmisja z ostatniego przejazdu snowboardowego slopstyle'a, Sporo się w tej konkurencji dzieje. Ciekawym doświadczeniem było też oglądanie jazdy na muldach kobiet z podkładem dźwiękowym w postaci nieudolnych zmagań polskich operatorów dźwięku. Samo anrciarstwo na muldach dużo mniej ciekawe niż snowboard. Przyjemnie jak zawsze oglądało sie jazdę figurową na lodzie kobiet. Wrażenie zrobiła 15-letnia Rosjanka swoim programem krótkim. Startowała wśród solistek w ramach drużynowych zmagań - to jedna z innowacji na igrzyskach.

I wreszcie nadszedł czas na skoki narciarskie. Wystartowało 61 zawodników, więc tylko 11 odpadło ze zmagań i nie zobaczymy ich jutro po 17.00. Polacy nie zawiedli. Najsłabiej wypadł Jan Ziobro, któremu organizatorzy ostatecznie pozwolili startować z napisem na nartach "Luz w dupie". Oby tego luzu naszym skoczkom nie zabrakło jutro - wydają sie bowiem być w zacnej formie.Chciałbym widzieć cała czwórkę w pierwszej dwudziestce. A kciuki tak jak cała Polska bedę ściskał za Kamila Stocha. Ma wielu mocnych rywali, którym skocznia w Soczi leży: Austriaków Haybecka i Schlirenzauera, Niemca Andreasa Wanka i Severina Freunda, opuszczającego ostatnie zawody Norwega Andersa Bardala, zawsze mocnego na imprezach docelowych Szwajcara Simona Ammana oraz wicelidera Pucharu Śiwata - Słoweńca Petera Prevca. Ja jednak wierzę, że Kamil upora się z nimi wszystkimi.


Fatalnie zaprezentowali się reprezentanci gospodarzy, którzy nie zdobyli żadnego medalu.
Rosja - medal? Niet.

Dziś odbywały się też mecze hokeja na lodzie kobiet. Akurat nie przepadam, poza tym byłoby tego zbyt wiele na jeden dzień. Hokeiści zaczną zmagania od czwartku. Bardzo ciekawie zapowiada się pierwszy grupowy mecz Rosja - Finlandia.
Nadszedł wiec koniec mojej małej relacji. Wiem, ze bardzo odbiegłem od pocztówkowej tematyki. Nie pierwszy raz z resztą. Wybaaczcie.


1 komentarze:

  1. rozmieszya mnie ta historia z toaletá :)

    powodzenia w nauce! :)

    OdpowiedzUsuń